Ardra.pl

U brzegów Polski. Część XVIII.


21.03.2024

1-6 7-13 14-22 23-27 28-34 35-40 41-45 46-50 51-56 57-61 62-66 67-72 73-76 77-81 82-87 88-92 93-96

97. Noc listopadowa.

Po ustaleniach Kongresu wiedeńskiego (1814-1815) kawałek dawnej Polski stał się tzw. Królestwem Kongresowym pod panowaniem Rosji, natomiast znaczna część kraju została bezpośrednio zawłaszczona przez zaborców. Był to okres dziejów, w którym napoleońską gorączkę zastąpiono moskiewską gruźlicą - panowała cenzura, prześladowano wszelakie dążenia niepodległościowe, studentów zsyłano w głąb Rosji. Istniała jednak pewna grupa ludzi ułożona z zaborcami, która piastowała różne urzędy.
Kadłubowe państewko atrapa funkcjonowało rządzone przez brata cara Mikołaja II, Konstantego Romanowa - będącego człowiekiem zdegenerowanym i niepoczytalnym (mającym najzwyczajniej coś z głową); z kolei w maju 1829, na Zamku Warszawskim, sam car koronował się na władcę Polski i nadał oficjalnie bratu - ze względu na europejskie nastroje rewolucyjne - nieograniczoną władzę w Kongresówce - czas był to parszywy.
Od 1821 powstawały ugrupowania niepodległościowe, dążące różnymi sposobami do całościowego wyzwolenia kraju - poczynając od (pierwszego) Narodowego Towarzystwa Patriotycznego zaistniałego w kręgach wojskowych (nie licząc cywilnego Związku Wolnych Polaków), na czele którego stanął legendarny żelazny major Walerian Łukasiński (później, przez pół wieku pierwszy i główny więzień polityczny, trzymany w rosyjskich kazamatach).
Po piętnastu latach istnienia sztucznego tworu wymyślonego przez Święte Przymierze Rosji, Prus i Austrii, czara goryczy została przelana - 29 listopada 1830 grupa podchorążych rozpoczęła czynną walkę o niepodległość z okupantem rosyjskim; był to finał, wcześniejszej kilkuletniej walki o wolność. Działalność sprzysiężenia wojskowego - tzw. Wysockiego - była punktem zapalnym zaistniałym po całym szeregu zdarzeń, zaś sam Piotr Wysocki był tylko śmiałym trybunem koszarowym, wielkim patriotą, lecz tej nocy (i w ogóle) nie odgrywał znaczącej roli w wydarzeniach - nie miał ku temu zapędów, umiejętności, ani potencjałów.

29 listopada wykonano nieudany Atak na Belweder celem zgładzenia znienawidzonego Konstanego Romanowa oraz chwilę późniejszy udany Atak na Arsenał - który zaskutkował przejęciem stolicy, rozpoczynając prawie roczną - nieudolną - epopeję walki o niepodległość, zakończoną we wrześniu 1831 roku. Nieudolną ponieważ niezdecydowaną z brakiem określonego planu działań polityczno-ekonomiczno-militarnych względem potężnego wroga, jak i bez szerokich oraz zdecydowanych reform wewnętrznych.
Żołnierze, po tym jak oswobodzili stolicę - oddali władzę skłóconemu Sejmowi i wysokim rangom generałom - niechętnym walce, sabotującym przez kilka miesięcy działania wojenne własnego państwa.

Na temat ten, w historiografii powiedziano bardzo dużo, wnikliwie zajmowało się owym zagadnieniem kilku historyków (jeszcze z pokolenia wybitnych uczonych z okresu międzywojnia); oraz m.in. swoje bezpośrednie wspomnienia pozostawili świadkowie wydarzeń (w tym sami belwederczycy). Jednak zazwyczaj pomija się aspekt psychologiczny, nie uwypuklając go, a odegrał on w noc listopadową, rolę kluczową.
Chaotyczny plan ataku na Belweder, stworzony przez Ludwika Nabielaka, zawiódł całkowicie; i przez to, że carewicz Konstanty nie został wyeliminowany, domino wydarzeń nie zostało natychmiast uruchomione - następnie stracono ponad półtora miesiąca na zbędne pertraktacje. Lojalistyczna część tzw. elit decyzyjnych, nie wiedziała co robić.
Pierwszym naczelnym wodzem obrano gen. Józefa Chłopickiego - co było jedną wielką pomyłką, był to defetysta, żyjący mitem swojego udziału w wojnach napoleońskich, m.in. w brutalnych walkach ulicznych płonącej Saragossy z 1809 roku (i jego umysł - m.in. gdzieś tam, w tej Hiszpanii utknął). Stało sie tak pod wpływem fałszywego rozeznania, podchorążowie upatrzyli go sobie na przyszłego wodza, gdyż - jakoby, generał z powodu prywatnego konfliktu z Konstantym, miał być wrogiem Moskali. Tymczasem w pierwsze dwa dni powstania Chłopicki siedział zamknięty w jednym z mieszkań Warszawy.

Głównymi osobami, które wzięły na siebie odpowiedzialność za realne i skrupulatne przejęcie Arsenału (czyli faktyczne rozpoczęcie walk) byli – doskonały i przenikliwy żołnierz, bezkompromisowy patriota Józef Zaliwski oraz Maurycy Mochnacki, który - w pewnym sensie - rozpoczął całe działanie, dosłownie bijąc w bęben (wojskowy) na Rynku Starego Miasta w Warszawie, nawołując ludność do rozpoczęcia Rewolucji (oznajmiając, że Rewolucja się właśnie rozpoczęła), następnie prowadził całą gromadę mieszczan, rzemieślników, „robotników” na Arsenał.

Między 29 i 30 listopada po przezwyciężeniu początkowego „zmieszania”, w stolicy zapanowała ogromna wrzawa i entuzjazm. Arsenał oraz część Warszawy udało się przejąć szturmem, zabezpieczając fragmenty miasta.

Podczas działań dnia pierwszego, zlikwidowano paru carskich generałów – zdrajców (dość przypadkiem) będących na żołdzie okupanta, którzy próbowali „ingerować” lub którzy „uciekali” m.in. gen. Stanisława Floriana Potockiego, który - gdy napotkał kompanię piątą, strzegącą dostępu do Arsenału od strony Zachodniej-Leszna, zaczął nakłaniać oddział żołnierzy do odstąpienia od Rewolucji; kilku cywilów widząc co się dzieje, pobiegło natychmiast do Zaliwskiego znajdującego się na ul. Tłomackiem i przekazano mu co się wyczynia - szybka odpowiedź dowódcy brzmiała to palcie mu w łeb! (…). Następnie, Potockiego ostrzelano.

Całą noc spora ilość jednostek nie wiedziała co zrobić, wysocy rangą lojaliści potrafili uznawać swoje przysięgi złożone caratowi, dlatego też, kilku znienawidzonych potraktowano bezwzglęnie, chociaż nastąpiło to tylko w paru skrajnych przypadkach. Żołnierze z różnych oddziałów, nakazywali po prostu złożyć stopień, broń i się oddalić „zdrajcom” z wyższymi rangami.

Na pewno jednym z kluczowych momentów początków powstania, była konfrontacja i pokonanie Pułku Wołyńskiego przez Polski Czwarty Pułk Piechoty Liniowej - w czym sporą załugę miał kpt. Józef Święcicki. Noc listopadowa zakończyła się sukcesem, ale niestety na tym skończyło się szybkie, sprawne działanie; oficjalnie wojnę o niepodległość z Rosją ogłoszono dopiero w grudniu.
Nie udało się również rozwinąć Rewolucji społecznej; także dlatego, że żaden z niższych oficerów, którzy przewodzili w noc listopadową nie planował sięgnąć po dyktaturę.

Dlaczego tak się stało, że Rząd Tymczasowy, Sejm, z nieudolnym Naczelnym Wodzem Józefem Chłopickim - został psychologicznie sparażliżowany?
Odpowiedź jest oczywiście prosta - ponieważ 1 listopada nie powołano Rządu Rewolucyjnego z dyktatorem pokroju Józefa Zaliewskiego i szeroko pojętymi reformami włościańskimi, o które postulowało m.in. Towarzystwo Patriotyczne odseparowane od decyzyjności (ale wtedy historia potoczyłaby się inaczej).
Po drugie zaś - a w zasadzie to główne - jak słusznie stwierdził Joachim Lelewel - przyczyną wszystkich nieszczęść i niepowodzeń było i jest, że sejm, że rząd, nie są dość rewolucyjne, nie dość rewolucyjno społecznie postępują, nie są republikanami, tylko monarchistami.
Niestety mało było tego, że naczelni wodzowie armii sabotowali wojnę, na czele rządu stał człowiek atrapa, nieudolny Adam Jerzy Czartoryski.
Społeczeństwo dopiero otwarcie zbuntowało się przeciwko nieudolności i sabotażowi podczas tzw. nocy sierpniowej (z 15-16 sierpnia 1831) - ludność dokonała samosądów na zdrajcach i szpiegach - głównie na placu Zamkowym - powieszono na latarniach wielu nikczemników. Władza jednak nadal pozostała w rękach ludzi nieudacznych.
I odnośnie zaprzepaszczonych potencjałów - to tyle.

Regularna wojna polsko-rosyjska rozpoczęła się w lutym 1831 roku, gdy wygnani Moskale (w listopadzie 1830) wkroczyli ponownie do Polski; rozpoczęła się prawie trzy miesiące od nocy listopadowej - czas ten zmarnowano.
Młodsi oficerowie i podchorążowie nie odgrywali praktycznie żadnej decyzyjnej roli w tej wojnie, poza nocą listopadową; a zapewne np. Zaliwski okopał-by Rzeczypospolitą. Potencjał heroicznego żołnierza został zmarnowany. Osoby, które miały budować Polskę w następnych dekadach, poumierały na obczyźnie.
Do samej próby odnowy państwa - chociaż w zamyśle była Rewolucja społecza i szerokie reformy - doszło, ponieważ m.in. Towarzystwo Patriotyczne składało się z wojskowych oraz miało szerokie kontakty wśród niższych oficerów (podporuczników, poruczników, kapitanów) i podoficerów, działających pod wpływem inspiracji niepodległościowej - zdawali sobie sprawę, że Polska to wielka rzecz, jak i nie potrafili być pod butem despotów carskich.
Zagrożenie aresztowaniami oraz szerokie represje wobec inteligencji w latach 20 XIX w., i chęć wykorzystania armii polskiej do tłumienia ruchów rewolucyjnych w Belgii, Francji - tylko przyspieszyły działania.
Pomieszanie tego okresu było spore, a wysocy oficerowie nie sprostali zadaniu np. gen. Franciszek Żymirski w noc listopadową był po stronie lojalistów carskich, zaś trzy miesiące później ginął na pierwszej linii odpierając moskiewskie ataki. Wielu - w ogóle - uciekało od odpowiedzialności, niektórzy nawet uciekli do Petersburga, jak np. gen. Wincenty Krasiński, znakomity żołnierz, w czasach napoleońskich zapalny patriota, który m.in. szarżował jako generał w armii napoleońskiej w marcu 1814 pod Remis na przedzie w ciasnych ulicach miasta, wprost na Prusaków, biorąc do niewoli osobiście ok. 1500 jeńców. Natomiast w 1831 tak się zachowywał, że wstyd było na niego patrzeć; podobnie jak bardzo sprawny ekonomista, minister Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki, i wielu innych.

Zarówno w 1794, jak i w 1831 miały miejsce dwa oblężenia Warszawy. Obrony z 1794 były lepiej zorganizowane przy gorszych możliwościach własnych. W 1831 istniało regularne dobrze wyćwiczone Wojsko Polskie, nie było jednak mądrych decydentów - a armie wrogów były potężne.

Podczas samej wojny, spośród dużej ilości regularnych bitew, miała miejsce jedna z większych w historii Polski - 25 lutego 1831 rozegrała o Olszynkę Grochowską, wyparto w niej Moskali spod stolicy.

Tzw. Powstanie listopadowe miało ogromny, kolosalny wpływ na ukształtowanie się polskiej świadomości zbiorowej - na kulturę wysoką. Stworzyło polski romantyzm. Z kolei w Młodej Polsce, doniosłość tego wydarzenia została przedstawiona np. w Warszawiance poprzez chtoniczne pulsujące symbole; Stanisław Wyspiański poświęcił owym wydarzeniom trylogię - Noc listopadowa (1904), Warszawianka (1898), Lelewel (1899). (Chociaż jest to twórczość, szczególnie w dzisiejszych czasach, hermetyczna).

Warszawianka, Chór (340-348)

Droga Polsko - dzieci twoje
dziś szczęśliwszy doszły chwili
od tych sławnych, gdy ich boje
wieńczył Kremlin, Tybr i Nil.
Lat dwadzieścia nasze męże
los po obcych grobach siał:
dziś, o matko, kto polęże,
na twym łonie będzie spał.


Wydarzenia z lat 1830-1831 miały swój znaczny oddzięk również w malarstwie. Inspirując wielkich polskich artystów, którzy często słuchali opowieści dwóch pokoleń Wielkiej Emigracji (i łączyli je z innymi inspiracjami w sposób symboliczny) m.in. Wojciecha Kossaka - Lud Warszawy idący do Powstania listopadowego.



98. Raróg nad Wisłą.

Uczony, profesor Akademii Krakowskiej Jakub Parkoszowic żyjący na początku XV wieku w czasach początku dynastii Jagiellonów, był jednym z pierwszych polskich językoznawców, gramatyków - dostosowujących i rozwijających pisownię języka polskiego - a faktycznie to tworzącym go (Traktat o ortografii polskiej). W tamtych czasach językiem międzynarodowych elit była łacina i naukowcy pisali, tworzyli po łacinie; również dzięki temu dzieła stawały się od razu międzynarodowe.
Tymczasem język polski mówiony, którym ludność porozumiewała się od stuleci, trzeba było udoskonalać oraz przełożyć bezpośrednio na pisownię czcionką łacińską. Wokabularz trydencki z początku XV w. jest najstarszym z ostałych słowników łacińsko-polskich. Wcześniej polski pisany był używany, lecz w sposób pojedynczy m.in. na zlepkach dokumentów urzędowych, w nazwach, miejscowościach, imionach itd. Oficjalne dokumenty i administracja były pisane po łacinie; i Parkoszowic tworząc polszczyznę pisał także po łacinie - polszczyzna pisana powstała na bazie alfabetu łacińskiego, będącym znakami powszechnymi w Europie. Z kolei sto lat później w renesansie, powstał polski język literacki.

W warstwie językowej ukryły się stare, tradycyjne obyczaje, wierzenia, nazwy - przekazywane dotychczas ustnie przez ogół ludności; rycerstwo, elity były już dawno schrystianizowane. Zatem w języku ukryli się również słowiańscy bogowie.
Polacy we wczesnym średniowieczu przyjęli wzorzec kulturowy rzymsko-helleński z całym dorobkiem początków cywilizacji europejskiej zaistniałej w basenie Morza Śródziemnego.
W warstwie religijnej był to podkład judeo-chrześcijański, fragmenty tzw. starotestamentowe, czyli literacka mitologia Żydów, były (są) częścią wzorca kulturowego ukształtowanego jako m.in. rzymski katolicyzm w III i IV w.
Natomiast wzorzec chrześcijański, rozpoczynający się od Chrystusa, stał się uniwersalistyczny - pierwotnie przez „założyciela” odrzucający zwyczaje plemiennej religii Żydów. Jednak później, gdy powstał kult, patriarchowie zdecydowali się wkomponować pisma sprzed I wieku w religię rzymsko-katolicką.

Słowianie nie mieli pism religijnych, a przynajmniej nic o takich nie wiadomo. Trzeba mieć na uwadze to, że na ziemiach polskich mieliśmy swoją rodzimą tradycję i zwyczaje, które zostały - no właśnie, zastąpione? Zniszczone? Zrównane z ziemią? Zapomniane? Wkomponowane? Nikt tego nie wie; zapewne w każdym z tych słów jest trochę prawdy.

Polska przyjęła chrześcijaństwo będące powszechną religią europejską w X w., lecz ludność nadal przez setki lat wyznawała swoje własne zwyczaje, z chrześcijaństwem się łączące.
Dawni Polacy, Słowianie patrzyli w niebo, gwiazdy – tak samo jak Hellenowie, Egipcjanie itd. i także na bazie takowych obserwacji tworzyli, personifikowali własnych bogów.
Np. w XV w. po pięciuset latach zaczęto odradzać, zabraniać modłów zawierających imiona bogów tradycyjnych, jednak ostawały się one w słowach (wiemy o nich np. bo imiona bogów występowały w kazaniach, które je potępiały). Ludność wiejska nic nie zapisywała, dlatego fragmenty wcześniejszej tradycji zachowały się w warstwie mówionej wkomponowując w łacińską pisownię oraz chrześcijańskie obyczaje.

Imiona dawnych bogów zawarł m.in. piszący w czasach panowania Kazimierza Jagiellończyka, Jan Długosz - zastanawiał się nad ich funkcjami i sensem oraz porównywał do religii rzymskiej. Panteon długoszowy zawiera chociażby żeńskie boginie - Dziewannę, Marzannę, Dzidzileylę oraz męskich o imionach Łada, Nyja, Jesza; np. Nyję, historyk utożsamia z Plutonem i zaświatami (jest również interpretowany jako wężowy Pan zaświatów).
Opisy owe uważa się za dość precyzyjne i być może wiarygodne. Długosz znał ich zarówno od wcześniejszych pisarzy i uczonych, jak i zapewne ze swojego rozeznania. W XIV i XV w. chrystianizacja na terenie Korony była już dość zaawansowana.

Istniała także cała masa bogów lokalnych związanych z naturą, z cyklami - dziś ostałych tylko w poszlakach i intuicjach; np. Jaryło zrekonstruowany przez poetę Jacka Dobrowolskiego w poemacie-sztuce napisanym wierszem-prozą (prozowanym) pt. Raróg.
(W obecnych czasach tego typu Sztuki Wysokiej uczestniczącej w tworzeniu słowem Kultury Polskiej, czerpiąc z jej głębin, w postaci większych form – prawie nie ma; trzeba jednak przyznać, że twórczość taka, nie bierze się z próżni, tylko z wiedzy oraz pewnego rodzaju iluminacji).

Symbole dawnej słowiańszczyzny ostały się również w nazwach i imionach, a także w znakach wojennych, czyli w herbach rycerskich.

Warto dodać, że w Polsce (głównie w Polsce; gdyż na Wschodzie wynikało to z kultury post-bizantyjskiej), w XIX wieku (bardziej jego drugiej części) zaistniała tendencja (moda?) na imiona helleńskie z epoki klasycznej (i późniejszej). Zaczęto więc niekiedy nadawać m.in. Apollo, Apollonia, Heliodor, Dionizy, Idalia, Achilles, Sokrates, Helenka, Olimpia, Poliksena, Temistokles, Leonidas, Epaminondas, Aspazja; czy Bazyli, Damazy, Izydor, Teodor, Telesfor, Filip, Pantaleon, Leon, Zenaida, Koryna, Delfina, Anastazja itd.

(Obecnie od dłuższego czasu popularne, modne są - w pewnej części - imiona anglosaskie, spolonizowane „biblijne” hebrajskie, post-łacińskie i nawet germańskie. Być może wróci kiedyś tendencja na imiona helleńskie i słowiańskie – a to w sumie istotna sprawa, ponieważ związana z pamięcią zbiorową).

99. Czary nie-mary.

Akademia Krakowska (czyli późniejszy Uniwersytet Jagielloński) był począwszy od XV w. jednym z głównych europejskich ośrodków naukowych, wykładano w nim wszystkie główne dziedziny wiedzy, od nauk ścisłych, humanistycznych po medycynę. Elity polskie z tego okresu, poczynając od czasów Stanisława ze Skarbimierza i Pawła Włodkowica stały na bardzo wysokim poziomie nauki (był to europejski top, poszerzony o szeroki humanitaryzm, który faktycznie narodził się w Polsce).

Była ona uczelnią unikatową na tyle, że powstała w niej zafundowana przez Marcina Króla z Żurawicy - katedra astrologii obok katedry astronomii i matematyki. Początkowo astrologię wykładano złączoną z astronomią, matematyką - geometrią, arytmetyką; była ona pewnego rodzaju dodatkiem do nauk ścisłych, a później została usamodzielniona. Za bazowe źródło służyła twórczość ówczesnego autorytetu Klaudiusza Ptolemeusza oraz kilka innych prac, które rozwijano i komentowano. Dokonywano skomplikowanych - na tamte czasy - obliczeń matematycznych, wyliczano również pozycje Słońca, Księżyca, gwiazd stałych, przewidywano zaćmienia Słońca i Księżyca. Ogólnie badano niebo; korzystano z już istniejących tablic astronomicznych, jak i sporządzano nowe wyliczenia.
Marcin Król z Żurawicy wychował tuziny uczniów zajmujących się różnymi dziedzinami wiedzy, byli to m.in. Marcin Bylica, Jan z Głogowa, Marcin Biem, wielki uczony Wojciech z Brudzewa i wielu, wielu innych. Często naukowcy dochodzili w wiedzy bardzo daleko, dokonywano nowych odkryć, ale bardzo często nie dokańczano ich, zatrzymywano się w pół drogi lub zmieniano zainteresowania. Mikołaj Kopernik wykiełkował właśnie z tej szkoły astronomiczno-astrologicznej, będącej dlań inspiracją, byli to jedni z jego nauczycieli. Większość z owych uczonych było polihistoriami - pewien rodzaj wszechstronności zainteresowań pozwalał im sięgać umysłem dalej.

Ciekawy artykuł napisała na ten temat prof. Sylwia Konarska-Zimnicka pt. Krakowska katedra astrologii – ewenement na skalę europejską.

W dzisiejszych czasach ta symboliczna sztuka, quasi(nie)nauka, bardziej fenomenologia, w Polsce w takim rozumieniu jak widzieli ją dawni uczeni, chyba nie istnieje. Chociaż kilka osób zajmuje się nią właśnie tak jak „renesansowi” (lecz jako „coś dodatkowego”) m.in. fizyk, polihistor, poliglota Wojciech Jóźwiak oraz uczony, filozof Światosław Nowicki.
Stara polska szkoła astrologii, jako pewnego rodzaju fenomen, idea - pochodzi właśnie z tamtych czasów - jest to pozostałość-fragment polskiego renesansu.

.....................

Z owej specyfiki, atmosfery – istniejącej wśród elit renesansowej Polski wziął się także Pan Twardowski występujący w przekazach, zaś w wiekach następnych nabrzmiał w symbolikę, wykonując przeróżne czynności, zazwyczaj mające drugą stronę, drugą symbolikę.
M.in. zakopał się w ziemi do grobu, aby odrodzić ponownie - co powodowane było miłością i pożądaniem. A gdy spełniły się trzy lata i siedem miesięcy, przez który czas Maciek pilnie strzegł grobu mistrza porastającego co dzień wyżej murawą i zielskiem, siódmego dnia po siódmym nowiu zapalił siedem świeczek z tłustości trupiej i poszedł na smętarz. Rozstawiwszy światło dokoła sam kopać zaczął, a po niemałej pracy usłyszał nareszcie motykę stukającą o wieko trumny. Tę gdy wyjął na ziemię i zamkniętą na klucz otworzył, z wielkim podziwieniem swoim ujrzał Maciek nie już odmłodzone ciało mistrza, jak się spodziewał, lecz drobne dzieciątko, żywe i zdrowe. Wziął je więc na ręce poczciwy sługa i zasypawszy dół ziemią zaniósł do domu.

Z kolei gdzie indziej Twardowski się rozczłonował niczym Dionizos-Orfeusz, od nowa się zlepiając. Ponoć też utknął w bezczasie, gdzieś pomiędzy, lecz inny przekaz mówi, że - bez cienia wątpliwości dokonał niemożliwego i ograł czorta, wysyłając go w czorty.
(...)
Ja na rok u Belzebuba
Przyjmę za ciebie mieszkanie;
Niech przez ten rok moja luba
Z tobą jak z mężem zostanie.

Przysiąż jej miłość, szacunek
I posłuszeństwo bez granic;
Złamiesz choć jeden warunek,
Już cała ugoda na nic.

Diabeł do niego pół ucha,
Pół oka zwrócił do samki,
Niby patrzy, niby słucha —
Tymczasem już blisko klamki.

Gdy mu Twardowski dokucza,
Od drzwi, od okien odpycha,
Czmychnąwszy dziurką od klucza,
Dotąd, jak czmycha, tak czmycha.

(Pani Twardowska, Ballady i romanse)


100.

II Rzeczpospolita narodziła się z niebytu terytorialnego w bólach, gdy rozpoczął się rok 1919 Józef Piłsudski był postacią kontrowersyjną, wielu go bardzo nie lubiło (to mało powiedziane), wielu chciało go usunąć, dla innych był tylko niewygodny, sporo osób go wielbiło. Nikt (szczególnie Endecja) nie wiedział, czego się spodziewać po „brygadierze, warchole”, który się zjawił nagle w Polsce. Wielu miało zupełnie inne plany na Polskę, niż Piłsudski. Nie można powiedzieć o nim z resztą, że był to „dobry, prawy człowiek” bo i marszałek nie był takim człowiekiem;
Roman Dmowski i Ignacy Paderewski to dwa niedoścignione wzory jeśli chodzi o postępowanie w tamtych czasach, Piłsudski przy nich miał charakter inny, agresywny - jednak i to się przydało – uzupełnili się w pewnym sensie.

Istniało wtedy kilka głównych frakcji politycznych, ale co ważne, wszystkie - czy to narodowcy, ludowcy czy socjaliści (czy inne pomniejsze) mieli jeden cel nadrzędny, jakim była sprawa Polska, różniono się tylko koncepcjami (i zaciekle kłócono przez dwie dekady).
Patrząc realnie - rację mieli narodowcy, szczególnie w latach 30’ XX wieku, obóz post-Piłsudskiego zlekceważył położenie między dwoma wielkimi złami (a mówiąc wprost - Niemcy, naziści to nie byli ludzie; podobnie jak zdegenerowani staliniści i cała sitwa NKWD).

Dwadzieścia lat wcześniej, gdy Polska powstawała z chaosu - od nowa. W Rosji szalał bolszewizm. Granice były płynne. Międzynarodowa konferencja pokojowa w Paryżu mająca oficjalnie ustalić nowy ład, dopiero się rozpoczynała. Administracja w państwie tworzyła się, kształtowała się - panował wielki entuzjazm. W 1918 Polska była skrawkiem ziemi, resztę trzeba było wywalczyć. Wschodnie granice istniały w nieładzie, wszak Polski nie było na mapie od ponad wieku (odbite polskie granice Wschodnie, Zachód dopiero oficjalnie uznał na wiosnę 1923).

Pod koniec grudnia 1918 Ignacy Paderewski przybył do Polski, w Wielkopolsce rozpoczęła się w tym czasie walka o przyłączenie regionu do II RP. I akurat wtedy wielu ludzi było przekonanych, że Paderewski zostanie naczelnikiem państwa, szczególnie, że był szanowaną międzynarodową ikoną - on jednak tego nie chciał (i chyba także nie miał predyspozycji).
2 stycznia artysta zawitał w Warszawie, ludność przyjęła go niczym monarchę. W swoim przemówieniu mówił (…) Nie przyszedłem po dostojeństwa, sławę, zaszczyty, lecz aby służyć, ale nie jakiemuś stronnictwu. Szanuję wszystkie stronnictwa, lecz nie będę należał do żadnego. Stronnictwo powinno być jedno – Polska, i temu jednemu służyć będę do śmierci. Żadne stronnictwo z osobna nie odbuduje Ojczyzny – odbudują ją wszyscy, a podstawa główna to robotnik i lud. Niech żyje lud polski i robotnik polski. Niech żyją wszystkie stany w narodzie zjednoczone i silne wzajemną zgodą i miłością.

M.in. w związku z tym, w styczniu po nowym roku 1919, ówczesny pułkownik Marian Januszajtis-Żegota i jeden z żubrów kresowych książę Eustachy Sapieha, postanowili zrobić zamach stanu, odsunąć Piłsudskiego i rozgonić socjalistyczny rząd Moraczewskiego - po którym nie wiadomo było czego się spodziewać, jednak nie udało im się to, a Piłsudski wyśmiał puczystów, nie wyciągając konsekwencji.
Niecałe dwa tygodnie później powołano Rząd Ignacego Jana Paderewskiego, w miejsce wcześniejszego Rząd Jędrzeja Moraczewskiego - i taki sposób rozpoczynała się historia polskiego nowoczesnego parlamentaryzmu.

W Polsce do 1926 istniała republika demokratyczna - wielki sen wprowadzony pierwszy raz w 1794 roku został ziszczony dopiero po ponad setce lat.
Miedzy 1918, a 1926 - szesnaście razy zmieniano premiera. Początki były trudne, i brutalnie przerwane zamachem stanu Piłsudskiego. Trudności nie mogły jednak dziwić, kraj niemal ze stanu larwalnego zaczął się rozwijać w bardzo szybkim tempie – do 1939 istniał polski nowoczesny kapitalizm.

II RP była okresem osobliwym również na polu kulturowo-religijnym, nie jest prawdą, że Polak-Katolik – motyw ten, właśnie wtedy wybrzmiał, wybrzmiał on dopiero w niewoli komunistycznej (a miał potencjał z wieków dawnych), w II RP istniał raczej Polak chrześcijanin. Narodowcy byli jednoznacznie rzymskimi-katolikami i akcentowali to z takiego względu, iż była to jedyna alternatywa wobec złoczyńców znajdujących się po dwóch stronach granic. Np. Socjaliści, czy późniejsza frakcja Piłsudczyków – prawie w ogóle nie była katolikami, ale na pewno byli chrześcijanami, przejawiali te wzorce.

W międzywojniu ożywiły się tuziny różnych nurtów, szkół, filozofii, fenomenów itp. itd. Ludzie się wszystkim interesowali, panowała wolność i przepływ informacji.
Np. przez pewien czas w określonych kręgach wojskowych była popularna teozofia, której wielkim zwolennikiem był m.in. gen. Michał Tokarzewski-Karaszewicz, wśród elit nie było dogmatyków wcale. Chociaż synkretyzm teozofów nie przeszedł próby czasu, nie rozwinął się. Podobnie jak stricte europejski synkretyzm (także popularny w pewnych kręgach), jakim była antropozofia Rudolfa Steinera; jak się zdaje, w Polsce tylko jedna osoba (ze znanych) podążała tą drogą; polihistor i mistyk Robert Walter, właściciel ogromnej prywatnej biblioteki, około 13 tysięcy woluminów, którą udało mu się ocalić przed hitlerowcami, więzień stalinowski, chemik, twórca słynnych perfum Pani Walewska. Walter, jak sam twierdził (i jak się faktycznie zdaje) był całe życie jedną nogą w krainie gdzie słońce i kwiaty są wieczne - była to ciekawa postać.

W II RP żyło bardzo dużo ogromnie zdolnych ludzi, wynalazców, którzy po II wojnie, jeśli przeżyli to zostawali na Zachodzie - potencjał ten został za komuny w większości zniszczony. Z Polską było wtedy trochę tak jak z rejsem dookoła świata rozpoczętym w 1932 roku przez Władysława Wagnera (pierwszy Polak, który opłynął ziemię, i to w jaki sposób), potencjał w wielu dziedzinach się rozmył, a później został rugowany i wypierany.

Część XIX (101-105)